„Gorzki smak jej wielkiej radości” Tahereh Mafi opowiada historię Shadi, muzułmańskiej dziewczyny, noszącej hidżab, której imię oznacza „radość”, ale nieprzerwanie prześladuje ją smutek. Jej brat nie żyje, ojciec umiera, matka nie radzi sobie z rozpaczą, siostra traktuje jak największe zło całego świata, a najlepsza przyjaciółka zniknęła w tajemniczy sposób. Kilka miesięcy temu Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę Irakowi. Napięcie jest niewyobrażalne, liczba przestępstwa z nienawiści rośne, a agenci FBI obserwują meczety. Shadi idealnie manewruje między rozbitymi kawałkami swojego świata. Mimo to, pewnego dnia wszystko się zmienia. Każda emocja Shadi wybucha. Od samego początku czytelnikowi towarzyszy niepokój, przeświadczenie, że historia musi skończyć się źle – pytanie, jak bardzo. Po kolejnych złych wieściach, kłótni i ataku agresji można spodziewać się, że Shadi wybuchnie lub dojdzie do tragedii. Sama nastolatka opowiada o swoich uczuciach w następujących słowach: „Czułam, jak moje serce twardnieje, gdy przemierzam korytarze, jak staje się coraz cięższe. Martwiłam się, że któregoś dnia po prostu wypadnie”. Shadi posiada również swojego prywatnego „anioła stróża”, starszego brata swojej byłej najlepszej przyjaciółki. zawsze pojawia się tam, gdzie Shadi go potrzebuje.

Shadi zasługiwała na cały świat, a nawet na jeszcze więcej. Autorka bardzo dokładnie i wiarygodnie odmalowuje uczucia towarzyszące nastolatce. Ta tragiczna historia dziewczyny, na którą spadło tyle nieszczęść naraz, łamie serce. Równocześnie skłania czytelnika do zastanowienia się, ile jest w stanie przeżyć jedna młoda dziewczyna, zanim wewnętrznie się rozpadnie, aż nie będzie się jadło z powrotem złożyć w całość. Historia Shadi jest niesłychanie ważna i aktualna, odnosząca się także do współczesnej sytuacji na świcie. Nie powinno się oceniać z góry, wydawać osądów i przypisywać etykietek ludziom, jedyni dlatego, że nie wierzą w to samo, co my, mają odmienne poglądy, czy noszą różniące się od nas ubrania.

Tahereh Mafi bazuje na emocjach, które są główną osią całej powieści. Kiedy skończyłam czytać, czułam się, jakby mnie ktoś przejechał walcem. Lektura owej książki jest jednym wielkim rollercosterem emocjonalnym. W jednej chwili potrafi ogarnąć mnie gniew i frustracja na cały ten okrutny świat, kiedy w następnej odczuwałam czułość i wzruszenie. Utwór jest bardzo przejmujący i dotyka tak czułych strun naszego czytelniczego wnętrza, że bez paczki chusteczek się nie obejdzie. Książka jest nie tylko dojrzała i piękna, ale również prawdziwa, szczera i pozostawia w czytelniku niezatarty ślad. Minimum słów, minimum znaczeń i wartości treści.

„Gorzki smak jej wielkiej radości” to piękna, pełna emocji – głownie gniewu i smutku – książka. Porusza ważny temat niesprawiedliwego stosowania zasady odpowiedzialności zbiorowej i skutków obwiniania całej społeczności za czyny pojedynczych jednostek. Ukazuje, jak ludzie radzą, lub nie radzą, sobie z żałobą, jak różnią się w poglądach i dlaczego ze sobą nie rozmawiają. Mafi nie daje żadnych recept na szczęśliwe zakończenie. Jej bohaterowie wolą wybrać milczenie, niż szczerą rozmowę i właśnie w tym opowieść jest najbliższa rzeczywistości.

Jeśli nie czytaliście jeszcze o dziewczynie, której imię oznacza „radość”, a która dawno zapomniała, jak to jest być radosnym, to czytajcie „Gorzki smak jej wielkiej radości”.









Fragment książki:

Słońce świeciło mocno, strugi żaru układały się w spocone dłonie, które otulały moją twarz, każąc mi się wzdrygnąć. Byłam jak kamień, nieruchoma, patrzyłam na bezlitośnie prażące słońce z nadzieją, że mnie oślepi. Uwielbiałam je, uwielbiałam piekielny żar i pieczenie na ustach.

To było przyjemne, czuć na sobie dotyk.

Ten idealny letni dzień nie pasował do panującej jesieni. Zaduch zakłócała tylko lekka, wonna bryza, której źródła nie potrafiłam ustalić. Pies szczekał – żałowałam go. Samoloty buczały na niebie – zazdrościłam im. samochody przejeżdżały obok – słyszałam tylko ich silniki, brudne metalowe ciała zastawiające za sobą wydaliny, a jednak…

Wzięłam głęboki wdech. Zapach diesla wypełnił moje płuca, osiadł na języku. Smakował wspomnieniem, ruchem. Obietnicą pójścia dokądś, wypuściłam powietrze, dokądkolwiek.

Ja – ja szłam donikąd.

Nie miałam powodów do radości, ale i tak się uśmiechałam. Drżenie moich ust niemal na pewno zwiastowało atak historii. Na szczęście oślepłam – słońce wżarło mi się w siatkówki tak głęboko, że widziałam tylko świecące kręgi i migoczącą ciemność. Leżałam na plecach na zakurzonym asfalcie, tak gorącym, że przyklejał się do skóry.

Znów wyobraziłam sobie mojego ojca.

Jego jaśniejącą głową, dwa pęki ciemnych włosów nad uszami przypominające źle założone słuchawki. Jego uspakajający uśmiech, które zapewniał, że wszystko będzie dobrze. Rażący błysk fluorescencyjnych świateł.

Mój ojciec znów prawie umarł, ale ja mogłam myśleć tylko o tym, że nie wiem, jak długo musiałabym udawać smutną, gdyby umarł na amen. Albo gorzej, o wiele gorzej: może w ogóle nie musiałabym udawać smutnej. Przełknęłam naglą, nieproszoną gulę w gardle. Poczułam ostrzegawcze pieczenie łez i zacisnęłam powieki, nakazując sobie się podnieść. Wstać.

Iść.

Gdy ponownie otworzyłam oczy, wisiał nade mną stumetrowy policjant. Gadał coś do krótkofalówki. Nosił ciężkie buty. Coś świsnęło metalicznie, kiedy przestąpił z nogi na nogę.

Zamrugałam i wycofałam się jak krab, a potem wyewoluowałam z węża w człowieka wyprostowanego, przestraszona i oszołomiona.

– To twoje? – zapytał, unosząc wyświechtany błękitny plecak.

– Tak – przytaknęłam i wyciągnęłam rękę. – Moje.

Upuścił plecak, gdy tylko go dotknęłam, i ciężar niemal pociągnął mnie na ziemię. Porzuciłam ten wzdęty zewłok nie bez powodu. Między innymi dlatego, że w środku były cztery wielgachne podręczniki, trzy segregatory, trzy zeszyty i dwie zniszczone książki, które musiałam przeczytać na angielski. Rodzice odbierali dzieci ze szkoły nieopodal skwerku, na którym naiwnie przesiadywałam, zbyt często licząc na to, że ktoś z mojej rodziny przypomni sobie o moim istnieniu i oszczędził mi wędrówki do domu. Dziś nie miałam szczęścia. Porzuciłam plecach i trawę dla pustego parkingu.

Zakłócenia w krótkofalówce. Kolejne głosy, zniekształcone.

Podniosłam wzrok.

Otaksowałam jego twarz od podbródka z dołkiem i wąskimi ustami, przez nos i rzadkie rzęsy, po błyszczące niebieskie oczy. Policjant nosił czapkę. Nie widziałam jego włosów.

– Dostałem wezwanie – oznajmił, wciąż mi się przyglądając. – Chodzisz tu do szkoły?

Wrona poszybowała nisko i zakrakała. Pilnowała mnie.

– Tak. – Serce zaczęło mi walić. – Tak.

Przechylił głowę.

– Dlaczego leżałaś na ziemi?

– Słucham?

– Modliłaś się czy coś?

Serce zwolniło. Zamarło. Miałam mózg i parę oczu. Rozumiałam wiadomość, kontekst i minę tego mężczyzny, który analizował moją twarz. Znałam złość, ale bliżej zaznajomiłam się ze strachem.

– Nie – odparłam cicho. – Po prostu leżałam na słońcu.

Policjant chyba tego nie kupował. Znów zlustrował moją twarz i zawiesił wzrok na hidżabie.

– Nie jest ci w tym gorąco?

– W tej chwili jest.

Prawie się uśmiechnął. Odwrócił się i rozejrzał po pustym parkingu.

– Gdzie są twoi rodzice?

– Nie wiem.

Uniósł jedną brew.

– Zapominają o mnie – dodałam.

Uniósł drugą.

– Zapominają?

– Zawsze mam nadzieję, że ktoś się pojawi – wyjaśniłam. – Jeśli nie, idę do domu.

Przyglądał mi się przez długi czas. Wreszcie westchnął.

– Dobrze. – Machnął na niebo. – Dobra, idź już. Ale więcej tego nie rób – rzucił ostro. – To miejsce publiczne. Módl się w domu.

Pokręciłam głową.

– Nie modliłam się… – próbowałam wyjaśnić. „Nie modliłam się!”, chciałam krzyknąć. Nie modliłam się.

Ale on już odchodził.


  Szkoła jest bardzo przyjazna, przez co lubię do niej uczęszczać. Jedyną rzeczą, którą poprawiłabym, to ocieplenie w czasie zimowym. Pozd...